Kinabatangan River

Dzień 1 (3.04.2019)

Czasami w podróży trzeba iść na kompromis pomiędzy swobodą, a szybkością. Bardzo zależało nam żeby zobaczyć dzikie zwierzęta w naturalnym lesie równikowym, a w Sabah najlepszym do tego miejscem jest Sukau, nad rzeką Kinabatangan. Jest to mała wioska, leżąca niecałe 100 kilometrów od Sandakanu, jednak nie jest łatwo się tam dostać, a my mieliśmy na to tylko 2 dni. Dlatego zdecydowaliśmy się na zorganizowaną wycieczkę 2D1N (2 dni, 1 noc), za horrendalne 320 MYR od osoby. Cena obejmowała przejazdy, nocleg, wyżywienie oraz co najważniejsze 2 pływania łódką po rzece w celu obserwacji zwierząt i jeden nocny spacer po dżungli. Jak się okazało, w Malezji 2 dni nie oznaczają 48 godzin, ponieważ wycieczka zaczęła się o 10:00 pierwszego dnia, a skończyła o 11:00 kolejnego. Na dodatek, pierwszy postój na trasie odbył się w restauracji, w której nieszczególnie ciekawe “bufet menu” kosztowało 26 MYR od osoby i nie było objęte ceną wycieczki. Na szczęście restauracja była w Sepiloku, blisko centrum rehabilitacji orangutanów, w którym dzień wcześniej jedliśmy bardzo dobry obiad. Poza tym mieliśmy ponad godzinę czasu, więc szybki Grab i za 28 MYR zjedliśmy pyszny obiad dla dwóch osób (z przejazdami). Okazało się, że tego dnia razem z nami na wycieczkę jedzie tylko inna para, na dodatek również Polaków. Kinga i Jacek okazali się bardzo sympatycznymi rozmówcami, a że byli na Borneo już prawie 2 tygodnie, to droga upłynęła nam na dzieleniu się wrażeniami. Dotarcie do celu wymagało przekroczenia szerokiej i zamulonej rzeki, za którą czekała na nas tropikalna dżungla. Po drugiej stronie otoczył nas brzęk owadów i dzika roślinność, pomiędzy którą chowało się kilka domków mieszkalnych. Od lasu tropikalnego oddzielał nas tylko elektryczny pastuch, który chronił przed ewentualnym wtargnięciem słoni. W najtańszej opcji którą wybraliśmy, zostaliśmy zakwaterowani w 6 osobowym pokoju, w którym akurat byliśmy tylko we dwoje. Na plus trzeba policzyć bardzo sprawną organizację, wszystko działo się aż za szybko, przez co czuliśmy się aż trochę poganiani. W sumie na miejscu w Kinabatangan byliśmy o 15, a już o 16:00 zaczynała się pierwsza wycieczka po rzece, na którą popłynęliśmy ośmioosobową motorówką. Zarówno sternik i przewodnik byli bystrymi obserwatorami i bez trudu znajdowali zwierzęta, nawet z pędzącej z dużą prędkością łodzi. Udało nam się zobaczyć dwa krokodyle, kilka gatunków małp, ptaków, a nawet pytona. Sternik nie oszczędzał silnika, a wycieczka odbywała się błyskawicznie, więc żałowaliśmy trochę, że nie płyniemy kajakiem. Z drugiej strony wizja kąpieli z krokodylami nie była zbyt zachęcająca. Niestety dłuższe postoje odbywały się głównie przy małpach, ale zawsze był czas żeby zrobić kilka zdjęć. Po dwóch godzinach, wciąż nienasyceni widokami, zostaliśmy wysadzeni na ląd. Następnie kolacja, a o 20:00 nocny spacer po dżungli. Miał trwać około godziny ale został skrócony ze względu na grasującego w pobliżu słonia. Mimo to właśnie ta część zrobiła na mnie największe wrażenie. Dwóch przewodników znowu uwijało się, żeby wypatrzeć jakieś zwierzęta, jednak najbardziej emocjonujące było samo przebywanie w dżungli. Przedzieraliśmy się przez krzaki, a mała grupa trochę się rozciągnęła, dając więcej swobody. Można było odetchnąć otaczającym nas lasem i samemu spróbować coś wypatrzeć, co nie było proste. Oczywiście najwięcej zobaczyliśmy owadów, ponieważ pełno było ich na ziemi i otaczających nas roślinach. Najciekawszym znaleziskiem okazał się tęczowy zimorodek, który spokojnie spał na gałęzi na wysokości naszych oczu. Po powrocie bardzo szybko zasnęliśmy, bo następny dzień zaczynał się bardzo wcześnie. Już o 6:00 zaczęliśmy poranne pływanie, które tym razem trwało tylko godzinę. Znów najwięcej czasu spędziliśmy przy małpach. Tym razem spotkał nas też smutny widok, wyrzuconego na brzeg martwego krokodyla. Leżał do góry brzuchem i sprawiał bardzo przygnębiające wrażenie, zwłaszcza że był dość młody, miał trochę powyżej metra długości. Po powrocie do bazy, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i już o 8:00 ruszyliśmy z powrotem.

– Bartek